Nie rozumiałam fenomenu gry UNO, dopóki nie zagrałam w UNO Spin. Zwykła karcianka dostaje tu element nieprzewidywalności i sprawia, że nawet gdy jesteśmy pewni wygranej, jedno zakręcenie kołem może nasze marzenia obrócić w niwecz.
Zasad UNO nauczył mnie syn, który z kolei nauczył się ich na świetlicy szkolnej. Gra przypomina nieco tradycyjne Makao. „Makao! I po makale!” – pamiętacie z młodości? To tu jest „Uno! I po unie!”.
Wróćmy jednak do UNO Spin. W zestawie oprócz solidnej talii 112 kart (mieliśmy problem z przetasowaniem ich tak, aby komfortowo grać) jest koło fortuny. I to koło sprawia psikusy. Gdy już masz tę ostatnią kartę w ręku, może się okazać, że musisz wymienić się kartami z przeciwnikiem. Cóż za emocje.
Koło fortuny wykonane jest z wytrzymałego plastiku. Same karty – jak w tradycyjnym UNO, z dość grubych kartoników. Mają format tradycyjnych kart do gry i dobrze się trzymają w ręce. Całość jest kompaktowa, śmiało można UNO Spin zabrać na wycieczkę i grać pod chmurką, byle nie przy wietrze.
Grać można w dwie osoby, a nawet w dziesięć! Gra sygnowana jest dla wieku 7+, ale z opowieści syna wiem, że i młodsze dzieci dobrze sobie z nią radzą.
Ogólnie: wszystko na plus.
Tytuł: UNO Spin
Wydawca: Mattel Games
(MK)










